Rozwijane Menu

29 grudnia 2014

Poświąteczne poszukiwanie śniegu!

Umówiłyśmy się z Hanią na poświąteczny wyjazd w góry. Mówiąc „poświąteczny” miałyśmy na myśli sobotę 27-go grudnia. Ostatecznie stanęło na tym, że w piątek miałyśmy wysłać Hance sms z informacją „o której wyjeżdżamy”.

SOBOTA
Cisza w eterze… Hania nie dała znaku życia. O co chodzi? To do niej nie podobne. Poranna konsternacja – jedziemy, nie jedziemy? O co chodzi. Zgodnie z Beatą stwierdziłyśmy, że z perspektywy czysto ekonomicznej nie opłaca nam się jechać samym… Ślemy zatem kolejne informacje do Hani. W końcu dochodzi godzina 8. Powinnyśmy już wyjeżdżać. Dzwonimy – nie odbiera…

Ostateczna decyzja – nie jedziemy.

W końcu, popołudniu udało nam się dodzwonić do Hani, która jakby nigdy nic pyta co tam słychać? Nasz dialog wyglądał mniej więcej tak:
  • S: wszystko w porządku?
  • H: no tak. Piłujemy drewno. A co się stało?
  • S: no miałyśmy jechać w góry…
  • H: no wiem. Jutro jedziemy.
  • S: Hania, miałyśmy jechać w sobotę.
  • ….cisza w telefonie…
  • H: a jaki dziś jest dzień?
  • S: ..sobota.
  • …znowu cisza…
  • H: ojej. To dzisiaj jest sobota?!

06 grudnia 2014

Kajaki zimą czyli Ogólnopolski Barbórkowy Wyścig

Dokładnie tydzień temu zapisałyśmy się na XXVIII Ogólnopolski Barbórkowy Wyścig Kajakowy na Zalewie Rybnickim, a tu już po wyścigu. Całkowicie nie przygotowane, zdenerwowane wpadłyśmy do rejestracji aby się zapisać (rejestracja do 10, a my zjawiłyśmy się o 10:15). Czemu nieprzygotowane? Przez cały tydzień miałyśmy bardzo dużo pracy gdzie nie myślałyśmy nawet co zabrać ze sobą i wzięłyśmy tylko to co wpadło nam do głowy, dopiero na miejscu okazało się o ilu rzeczach nie pomyślałyśmy :). Czemu zdenerwowane? Ponieważ przez 45 minut krążyłyśmy po Rybniku w celu odnalezienia startu (jak się później okazało byłyśmy praktycznie 3 razy niedaleko miejsca gdzie się wszystko zaczynało). Z całego serca dziękujemy Panu tamtejszemu Biegaczowi” który nas zawrócił sprzed 20 metrów do celu mówiąc nam że musimy objechać bo jest most zamknięty. Na szczęście, mimo tak fatalnie zaczynającego się dnia, pozwolili nam wystartować :)
Cały wyścig zaczynał się przywitaniem uczestników o godzinie 11 oraz omówieniem całej trasy. Na pierwszy rzut szły jedynki (kajaki jednoosobowe), a piętnaście minut później kajaki dwuosobowe.

29 listopada 2014

Brrrryyyy... Mroźno!

Pierwszy mróz za nami, a śniegu dalej nie ma! Czy będzie nam dane pośmigać na nartach/sankach/dupolocie? Tego nie wiemy!Poniżej przedstawiamy zdjęcia jak powinna wyglądać prawdziwa zima!

29 października 2014

Zmiana Czasu na Leskowcu

Czas podsumować nasz zmienno-czasowy wyjazd. Trochę czasu już minęło, trochę się wydarzyło bo to Święta, przygotowanie do Sylwestra… ale takich imprez jak „ZCN” to się nie zapomina!
Po pierwsze, pogoda: oczywiście na zmówienie. Tydzień przed wyjazdem rozpoczęłyśmy modły i inne tańce aby każdy był zadowolony! Po drugie, miejscówa: no co jak co – ale sami musicie przyznać, że schronisko na Leskowcu jest „urocze” :) Po trzecie, niezawodna Hania i jest ciasto – tym razem „ciasto puk! puk!” :)

Zacznijmy jednak od początku… Za nami drugi wyjazd z serii „zmiana czasu na…” i trzeci z kolei organizowany przez nas – Nogę za Nogą. Skąd w ogóle pomysł żeby odbyło się to właśnie na
Leskowcu? Zachęcane opowiadaniami, słynnego już Pana Tadka, o tym jakie to schronisko fajne, a że ludzie sympatyczni, że wschody słońca piękne, droga niezbyt męcząca i wiele innych zalet nie pozostało nam nic innego jak zaklepanie miejsc noclegowych. Co prawda próbowałyśmy się już dogadać z Panią latem, kiedy w schronisku panował ogólny chaos, z powodu remontu i „ataku” niedzielnych turystów, ale rozmowa pomiędzy jednym, a drugim wydanym bigosem była na tyle trudna, że postanowiłyśmy wrócić innym razem. Skończyło się na kilku telefonach :)

DZIEŃ 1
Przejdźmy do sedna. Jest 24 października, godzina 10:00 rano. Pierwsze dwa samochody wyruszają w kierunku Leskowca. Beata, Hania, Skarbonka, Marta, Monika, Kasia no i ja. Po drodze mieliśmy mały przystanek w Andrychowie, a dokładnie przy Miejskiej Informacji Turystycznej. Wysiadka z samochodu, spakowanie ekwipunku (a raczej dopięcie wszystkiego do plecaka) i w górę. 
Szlak, którym podążałyśmy jest stosunkowo krótki (aż 45min!) lecz nieco stromy. Tuż przed schroniskiem pojawiły się pierwsze „objawy” zimy. Szyli SZADŹ (wg Hani: szać, sznadź..i wszystko inne tylko nie to właściwe).

11 października 2014

Słowacja - dolina Prosiecka i Kwaczany

Wycieczka z serii „jak nie wiemy gdzie jedziemy to dzwonimy do p. Tadka” :) W tym przypadku dzwonić nie musiałyśmy ponieważ świat jest na tyle mały, że udało nam się spotkać Pana Tadka w schronisku na Leskowcu, do którego pojechałyśmy załatwić formalności z późniejszym wyjazdem Nogi za Nogą – „Zmiana czasu na Leskowcu”.

Jakże się ucieszyłyśmy widząc znajomą twarz. Od razu, korzystając z okazji, zaproponowałyśmy p. Tadkowi wyjazd w Tatry. Oczywiście się zgodził, ale stwierdził „ale po co tak daleko. Mam
lepsze miejsce – bliżej, na Słowacji”. Dłużej się nie zastanawiając umówiliśmy się na drugi dzień
(na niedzielę) na godzinę 7.00 w Suchej.
Wstałyśmy jakoś o 4:30, ogarnęłyśmy się i ruszyłyśmy w stronę Suchej Beskidzkiej. U Pana Tadka wypiłyśmy szybką kawę i ruszyliśmy dalej. Okazało się, że owe BLISKO to jednak DALEKO…
Długa podróż po 4 godzinach spania była prawdziwą męką, ale gdy już dotarliśmy na miejsce… Wtedy zaczęła się przygoda. Całą drogę rozpieszczało nas słońce. Jak na październik zjawisko nie często spotykane. Było do tego stopnia ciepło, że trzeba było się rozbierać – do krótkich rękawów! 
Początek szlaku był dość niepozorny. Szliśmy przez wielką polanę, wokół której było mnóstwo „budek łowieckich” - czuliśmy się jak jelenie pod ostrzałem :) Gdy w końcu zaczął się „właściwy szlak” od razu przypomniała nam się wizyta w Słowacki Raju. Kładki, kładeczki i drabinki. To lubimy najbardziej. I znów ta krystaliczna górska woda pod nogami.

13 września 2014

Słowacki Raj

Od bardzo długiego czasu, planowałyśmy wyjazd do słowackiego raju, ale nigdy nie było okazji czyt. brak chętnych i mało czasu. Jako, że droga jest stosunkowo daleka (250 km w jedną stronę) zdecydowanie nie opłaca się jechać na jeden dzień – dwa dni to minimum. Tyle też czasu miałyśmy my. Na wyjazd namówiłyśmy Anię i jej samochód :)

DZIEŃ 1
Wyjechałyśmy w sobotę z samego rana czyli koło godziny 6… (jak na nas to i tak wcześnie!). Na miejsce do Podlesoka dotarłyśmy koło godziny 11:00. Żeby nie płacić jakoś dużo za cały wyjazd postanowiłyśmy spać w namiocie – na polu namiotowym. Tym bardziej, że pogoda była naprawdę przyjemna – zarówno za dnia jak i w nocy :)Zameldowałyśmy się na autocampingu Podlesok, wybrałyśmy miejsce pod namiot i szybko ruszyłyśmy przed siebie!

31 sierpnia 2014

Beskid Mały - Leskowiec

Ponieważ poprzednim razem wybrałyśmy Ojcowski Park Narodowy tym razem nie miałyśmy wątpliwości dokąd pojechać. Tym razem towarzyszyły nam Ania i Natalia. Beata wybrała szlak, którym jeszcze nie szłyśmy rozpoczynający się miejscowości Ponikiew. Już na samym początku zorientowałyśmy się, że coś jest „nie-halo”. Jakoś tak dziwnie tłoczno jest na szlaku. Wszędzie same człowieki. Pełno człowieków. Młodzi, starzy i w średnim wieku… o co chodzi? Przecież po to wybieramy Beskid Mały żeby uniknąć tłumów, a tu co? Pielgrzymka jakaś? Otóż nie. Bardzo szybko dowiedziałyśmy się, że jest „msza na górce”.
Taa… Tuż nad schroniskiem znajduje się wzniesienie, kiedyś nazwane Jaworzyną, dziś „Groń Jana Pawła II”. Tak! Przechadzał się tamtędy papież.

17 sierpnia 2014

Blisko domu, a ciekawie = Park Leśnych Niespodzianek

Jeśli nie masz zbyt dużo czasu, np. na to żeby pozwolić sobie na dwu dniowy wyjazd to proponujemy Ci coś co może Cię zainteresować. Park Leśnych Niespodzianek w Ustroniu. Dojazd z Katowice zajmuje jakieś 1,5h, a czas zwiedzania zależy od Ciebie. Od przekroczenia „progu” (bramy) parku zaczyna się moc atrakcji. Na dzień dobry witają nas biegające sarny i inne zwierzaki nie wykluczając kóz, owiec i baranów :)
Nieco dalej w głąb znajduje się zagroda króliczków (takich jakie można spotkać w niektórych domach… że niby miniaturki). Później jest jeszcze lepiej.

16 sierpnia 2014

Jedziemy do Ojcowa

Co tu robić kiedy pogoda nie rozpieszcza. W każdym miejscu, które wchodziłoby w grę na sobotni wyjazd miało padać. Wahałyśmy się pomiędzy Leskowcem, a Ojcowskim Parkiem Narodowym. Udało nam się także namówić na wyjazd Martę (miał też pojechać Boguś, ale niestety w ostatniej chwili ściągnęli go do pracy)… Ostatecznie stanęło na Ojcowie.
Wybrałyśmy stosunkowo krótki szlak. Ku naszemu zaskoczeniu dopiero będąc na miejscu Marta przyznała się, że zna zakamarki ojcowa jak własną kieszeń (kiedyś objeździła wszystkie te tereny na rowerze!). Gdyby powiedziała wcześniej może celem naszej wycieczki byłoby inne miejsce?? :)

05 sierpnia 2014

Jedziemy w góry! 1111 zgłoś się!

Jedziemy w góry! Ale kiedy i gdzie? Z pytaniem „kiedy” było łatwo bo chórem stwierdziłyśmy, że w niedzielę, ale pytanie „gdzie” cały czas nas trapiło. Znalezienie celu staje się wyzwaniem ponieważ musimy znaleźć miejsce gdzie jeszcze nie byłyśmy, jest blisko i można zrobić kółko (aby wyjść z samochodu i do niego wrócić). Najpierw ja siedziałam nad mapą… później Beata… zastała nas noc. Co tu robić? Gdzie jechać? Monika przyjeżdża za 7 godzin, a my nie wiem gdzie jedziemy?? W końcu się udało! Beata wymyśliła trasę! :)

Poranek jak to poranek… spać się chcę i tyle. Pomińmy etap wstawania! Wsiądźmy zatem do samochodu… Po drodze jeszcze przerwa na stację benzynową. Ładujemy gazu do pełna i co? I cosik się samochód nie chce na gaz przeskoczyć. No nic – trudno się mówi – trza cisnąć dalej! Jedziemy pod Suchą Beskidzką do miejscowości Matusy (samochód zostawiamy koło przystanku). Stamtąd wyruszamy szlakiem zielonym w kierunku przełęczy Kolędówki. Pogoda cudna, ludzi na szlaku nie ma – nic tylko iść przed siebie. Naszym celem jest Jałowiec położony w paśmie Przedbabiogórskim liczący 1111 m.
Na samym początku znalazłyśmy drewniany Klasztor Sióstr Zmartwychstanek.

23 lipca 2014

W pogoni za dziecięcymi marzeniami...

Myślałby kto, że przejażdżka wąskotorówką daje tyle frajdy… :)
Całą wyprawa została zorganizowana za sprawą Marty i Bogusia, którzy mieli ciekawe plany na pewną słoneczną niedzielę. Nawet nie zdążyłam się zorientować kiedy udało nam się wprosić na ową wycieczkę. Będąc dzieciakiem, kiedy to wąskotorówka przejeżdżała jeszcze przez Siemianowice mama obiecywała, że kiedyś mnie zabierze… No jakoś nie było nam dane. Gdy tylko pojawiła się taka okazja byłam gotowa do drogi niemalże od razu.
Wyjazd w niedzielę o godzinie 9-tej z Bytomia do Miasteczka Śląskiego. Podróż trwa nieco ponad godzinkę.

07 lipca 2014

Warmińsko-Mazurska przygoda kajakowa - Rzeka Łyna

Spływ kajakowy – coś czego do tej pory nie miałyśmy okazji spróbować choć bardzo chciałyśmy. Dzięki kuzynowi Beaty w końcu pojawiła się ku temu okazja. Tak naprawdę całą organizacją zajął się Ulises i Kiti. My przyjechałyśmy „na gotowe”. Miałyśmy wolny długi weekend czerwcowy tak więc wyruszyłyśmy już w środę przed Bożym Ciałem. Miejsce docelowe: GALINY mała miejscowość na mazurach niedaleko Lidzbarka Warmińskiego. U Kiti i Ulisesa byłyśmy wieczorem. Uraczyli nas przepyszną kolacją i dobrze napoili J Czekaliśmy jeszcze na kuzyna Kiti – Waldka i jego żonę Justynę, którzy przyjechali koło 21.. Plan był taki: płyniemy rzeką Łyną z Olsztyna w kierunku Bartoszyc. Pierwszy i drugi dzień po 30 – 40 km, później jakość po 20km, ale wszystko wyjdzie w planie. Z całej tej ekipy tylko my byłyśmy najmniej doświadczone w kwestii spływów kajakowych.

05 lipca 2014

Szalony weekend w Tatrach... Dolina Chochołowska

Dawno nie byłyśmy w górach… Jakoś tak się porobiło, że nasz wybór padł na Tatry. Nie wiedziałyśmy jednak gdzie dokładnie chcemy pojechać. Wszystko stanęło pod znakiem zapytania kiedy to w piątkowy wieczór zepsuł nam się samochód… Nie zastanawiałyśmy się jednak zbyt długo. W końcu babcia Beaty była w sanatorium, a jej samochód stał pod domem :) Kontynuowałyśmy piątkowe plany i poszłyśmy na koncert zespołu „strachy na lachy”. O 3 nad ranem pojechałyśmy po rodziców Beaty, którzy byli na imprezie i wróciłyśmy jakoś o 5. Plan był taki, że jedziemy skoro świt, ale jakoś nie było chętnych do prowadzenia samochodu o tak wczesnej godzinie po nieprzespanej nocy…
W góry wyjechałyśmy coś po 11:00. Aaa… kopnął nas zaszczyt i pojechałyśmy nowym samochodem rodziców Beaty – pełen lans! :P Zdecydowałyśmy, że jedziemy do Chochołowskiej.
Wieczorem docieramy do schroniska, w którym spędzamy noc, a nad ranem ruszamy w góry. Jak pomyślałyśmy to zrobiłyśmy. Koło godziny 18:00 dotarłyśmy do schroniska.

25 maja 2014

"Nasze Kreteńskie wakacje" Dzień 7. Sougia i Chania

Praktycznie ostatni dzień wakacji. Jak to rano – zjadłyśmy śniadanie. Było mało na wypasie bo wszystko oblazły mrówki, a ser nie nadawał się już do jedzenia. Pozostał nam jedynie chleb i jeden pomidor. Był to dobry pretekst żeby pójść na śniadanie do knajpki (najpierw się spakowałyśmy żeby później mieć spokój) :) Omlet z fetą , oliwkami, pomidorami i oregano – bajka. Do tego przypieczony na grillu chlebek – rewelka. Kawa frape z lodami była mniej fajna, ale dało się wypić. Beata raczyła się soczkiem ze świeżych pomarańczy – poranna dawka witamin! Posiedziałyśmy i korzystałyśmy z ostatnich chwil wakacji.
Zdecydowałyśmy, że wracamy posiedzieć na plaży, a tu nagle ktoś, gdzieś woła „Beata, Beata...”. Odwracamy się, a to skacowane dziewczyny siedzące w knajpce na porannej kawie. Powiedziały, że w kierunku Chanii będziemy jechały popołudniu (w końcu „jutro” z rana mamy samolot). Razem poszłyśmy więc na plaże aby wykorzystać te ostatnie chwile wakacji. Jako, że zbyt długo nie potrafimy usiedzieć w miejscu poszłyśmy na spacer po mieście. Gulia, Kasia i Antonio zostali na plaży.

24 maja 2014

"Nasze Kreteńskie wakacje" Dzień 6. Sougia - wąwóz Lissos

Czując lekki niesmak z powodu odpuszczenia wizyty w wąwozie Somaria postanowiłyśmy to sobie nieco zrekompensować. Opcje były dwie: wycieczka do jaskini (której nazwy nie pamiętam) – 90 min ostro w górę lub spacer do miejscowości LYSSOS wąwozem o tej samej nazwie. Wybrałyśmy wąwóz! Pierwotnie miałyśmy pójść z dziewczynami, ale w czasie kiedy my byłyśmy gotowe do wyjścia dziewczyny dopiero co się obudziły. Stwierdziłyśmy, że spotkamy się gdzieś na szlaku.

Czas operacyjny 11:30! Prognozy przewidywały, że ma to być najgorętszy dzień naszych wakacji (aż strach się bać!). Wzięłyśmy zatem mały plecak z dokumentami i wodą. Reszta dobytku została w namiocie... (taka tam mentalność. Gdyby zostawić rzeczy na środku drogi to nikt by ich nie ruszył).
Szlak prowadzący do LYSSOS okazał się być jednym z piękniejszych jakie widziałam w życiu. Wąska ścieżynka prowadząca pomiędzy skałami, drzewami oliwkowymi i pięknymi, kolorowymi kwiatami. Mijałyśmy także miejsca mniej przyjemne pod względem walorów estetycznych i zapachowych ‡ ścieżka prowadziła przez miejsce przy ogromnej ścianie, w którym kozice górskie najprawdopodobniej spędzają większość (choć ani jednej ta nie widziałyśmy) czasu Spytacie skąd wiem...? Otóż... najpierw dopadł nas zapach mocno zapuszczonej obory. Gorzej niż w pawilonie hipopotama chorzowskiego zoo. Podłoże zmieniło kolor na dziwnie brązowy i stało się nieco miększe. Zorientowałyśmy się, że tony kozich bobków zasypało wszystko! Łącznie ze ścieżynką wyznaczającą szlak. MASAKRA!

23 maja 2014

"Nasze Kreteńskie wakacje" Dzień 5. Paleochora i Sougia

Po kolejnej wietrznej nocy obudził nas niesamowity „gorąc” w namiocie (to straszne uczucie kiedy masz wrażenie, że już nie ma czym oddychać!). Czym prędzej wyszłyśmy z naszego M2. Wyciągnęłyśmy wszystko ze środka i zrobiłyśmy pozorny porządek (wrzucając wszystko do plecaka jak leciało). Później zjadłyśmy śniadanie pod drzewkiem. Kawa z pianką była „NA WYPASIE” :)

W końcu obudziły się dziewczyny, na twarzach których malował się zdecydowanie ciężki poranek. Nie wspomniałam, że po tym jak wieczorem poszły na miasto (niby po fajki) wróciły po 4 nad ranem?? Razem z nimi poszłyśmy na kolejną kawę :) Muszę przyznać, że kawa frappe jest przereklamowana (bynajmniej dla mnie).
Każdy poszedł w swoją stronę. Dziewczyny na śniadanie, a my poszłyśmy dokończyć zwiedzanie miasteczka. Palechora jest sporym i bardzo ładnym miasteczkiem. Są w niej dwie plaże: kamienista, którą miałyśmy okazję poznać dzień wcześniej i piaszczysta.

22 maja 2014

"Nasze Kreteńskie wakacje" Dzień 4. Elafonisi i Paleochora

Dzień na Elafonisi przeleciał strasznie leniwie i szybko…
Po krótkiej i wietrznej nocy, nastąpił kolejny piękny i gorący dzień. Parking wyglądał zdecydowanie inaczej niż poprzedniego wieczoru. Był duży, zadbany i pusty :)

Jak to każdego ranka, zjadłyśmy śniadanie, wypiłyśmy pyszną kawę (herbatę też) i czym prędzej pognałyśmy na plażę. Byłą zdecydowanie inna niż ta na Balos, ale równie piękna i zaskakująca. Spoglądając przed siebie byłyśmy pewne, że nie będzie trzeba przechodzić przez wodę. Byłyśmy spalone od słońca i generalnie „jakoś takoś” zimno nam było… Oczywiście się przeliczyłyśmy. Aby przejść na tą „lepszą” część plaży należało się przeprawić przez wodę.. Poszłyśmy za tłumem z nadzieją, że idą tam gdzie mniej wody. Na tamtą chwilę trudno było stwierdzić czy poziom wody był niski, średni czy też wysoki. Kasia z Gulią nie zważając na nic wręcz przebiegły, a my jak to my… z naszymi tobołkami stałyśmy jak te dwie sierotki i myślałyśmy „ubrać kostiumy czy nie?”. Zaczęłyśmy się przebierać. Nie było to takie proste ponieważ byłyśmy ubrane od stóp po sam czubek głowy. Eh..czego się nie robi dla pięknych widoków…
Zaszyłyśmy się gdzieś pomiędzy skałami i zachwycałyśmy się urokami KRETY J Żeby nie było, poszłyśmy na spacer wzdłuż plaży :) Po drodze znalazłyśmy „miliony, a nawet tysiące” muszelek (których, jak się okazało, nie mogłyśmy zbierać. Pewna Niemka powiedziała, że muszelki są częścią krajobrazu i nie możemy wziąć ich ze sobą! Hm… nie przejęłyśmy się zbyt bardzo). Spotkałyśmy również „Elafonijskie” żyjątko. Trochę na kształt tłustego ślimaka skrzyżowanego z wielką stonogą w kolczudze :D Trudno stwierdzić cóż to było Zdecydowanie uciekało od wody. Położyłyśmy to coś z dala od zasięgu ludzkich stóp i butów :)

21 maja 2014

"Nasze Kreteńskie wakacje" Dzień 3. Balos

… a poranek jeszcze lepszy. Wszędzie owce i kozy i beeee i meeee i tak cały czas w kółko. Może to by tak nie przeszkadzało gdyby nie te dzwonki, które dzwoniły z każdym ruchem owcy czy kozy. Ponadto latające „bombowce” (wielkie latające chrabąszcze) i szerszenie mutanty… No ale, przynajmniej ropuchy się uciszyły! :) 
Zaczęłyśmy „zbierać” nasze małe obozowisko. Zjadłyśmy śniadanie w blasku porannego słońca… a ta kawa z pianką… mmm… Nie było co się dalej obijać! W końcu idziemy na Balos! W czasie pakowania odkryłam, że jedna z naszych mat niemiłosiernie śmierdzi kozo-owczą kupa… fee…

20 maja 2014

"Nasze Kreteńskie wakacje" Dzień 2. W drodze na Balos.

Gorąco! Nie potrzebowałyśmy nawet budzika ponieważ już o 8 rano (czasu polskiego o 7:00) było tak ciepło w namiocie, że się nie dało wytrzymać. Sonia poszła po mleko, a my z Kasią zaczęłyśmy ogarniać jakieś śniadanie. Gdy wróciła stwierdziła, że już z daleka było czuć zapach świeżo parzonej kawy.
Po delikatnym śniadaniu rozdzieliłyśmy się z Kasią i każdy poszedł w swoją stronę. 
Zaczęłyśmy się kierować w stronę Maleme (pojechałyśmy busem za 2,30€). Jeszcze 2 dni przed wyjazdem nie miałyśmy tego miasteczka w planie.

19 maja 2014

"Nasze Kreteńskie Wakacje" Dzień 1. No to lecimy!

Dzwoni budzik! Co tak wcześnie? Jest przecież 7:00 rano, a już trzeba wstawać, tylko czemu? A na co to komu?!
To był ciężki poranek, no ale jeszcze trzeba było załatwić kilka spraw np. odwieźć samochód do naprawy (czytaj tato pomóż – coś stuka!).
Na lotnisku byłyśmy około godziny 10:00, szybkie ważenie, ostreczowanie smerfnym streczem i odprawa, która poszła nadzwyczaj sprawnie. Okazało się, że ludzie mają znacznie większe bagaże podręczne. Standardowo tylko my się przejmowałyśmy.

Startujemy! Żegnamy deszcz, aby powitać cieplejszą pogodę.
Podróż minęła bardzo szybko, a to dzięki super widokom za oknem. Wylądowałyśmy koło 15:30 na lotnisku w Chanii. Pierwszy powiew ciepłego powietrza zmotywował nas do szybkiego przepakunku i ruszenia w stronę przygody!

09 maja 2014

"Nasze Kreteńskie Wakacje" Dzień 0

„Noc, a nocą gdy nie śpię… pakuję się wreszcie”.
Tak krótko można określić noc jaką spędziłyśmy przed naszym wylotem.

Nasza rozmowa:
S: Ty się nie denerwujesz? Jutrzejszym lotem tym, że jeszcze nie jesteśmy spakowane?
B: Nie mam powodów.
S: Ale jak to przecież jest późno, a my jeszcze nie jesteśmy spakowane, nie odprawione, nie nic!?
B: No tak masz rację. Nie denerwuje się tym… po prostu zastanawiam się czy wszystko kupiłyśmy, przygotowałyśmy i o której pójdziemy spać…

W takiej atmosferze zaczęłyśmy się ogarniać, a było pracowicie:
Miałam problem z odprawą ponieważ Rayanair nie pozwalał mi skorzystać z darmowych siedzeń tylko proponował płatnę. Nie miałam ochoty dodatkowo płacić! Możliwość skorzystania z bezpłatnych miejsc była dopiero 9.05 (czyli w dniu wylotu) do którego zostały nam 2 godziny. Muszę stwierdzić, że opłacało się poczekać. Na Kręte miałyśmy miejsca w pierwszym rzędzie z dodatkowym miejscem na nogi, a z powrotem przed skrzydłem.
Bagaż. Jak tu się spakować? Wydawało by się, że 15 kg to dużo ale po spakowaniu namiotu, mat, śpiworów, kuchni i apteczki oraz kosmetyczki okazało się że mamy już 15 kg. A gdzie ciuchy? Gdzie reszta? Na szczęście z pomocą przyszedł bagaż podręczny do którego można było wziąć aż 10 kg! Do niego poszły wszystkie ciuchy, śpiwory i elektronika. W końcu spakowane :)
Gaz pieprzowy to 10% do ochrony. Wszystko przez Anię G.! Powiedziała nam żebyśmy uważały na grupy wolno latających psów oraz niebezpiecznych ludzi. Ogólnie gazu nie można przewozić nawet w bagażu rejestrowanym, ale w małej kosmetyczce może się dużo schować ;)
Czy wszystko wzięłyśmy? Tego nie wiedzą nawet najstarsi górale… ale może jak posprzątamy mieszkanie to sprawdzimy czy nic się nie ukryło w jakimś kącie.

Suma summarum poszłyśmy spać o 3:00.

01 maja 2014

Świecące oka i nocny rechot żab!

Długi weekend, wielkie plany i ogromna klapa. Tak chciałoby się opisać „majówkę” z perspektywy soboty (w którą to powstaje owy tekst). Miało być morze, góry lub skały lecz pogoda udowodniła nam, że czasem naprawdę ciężko jest wystawić stopy poza obręb własnego łóżka. Ambitne plany może nie wypaliły, ale całkiem dobrze zaczęłyśmy długi weekend szaloną nocą środowo-czwartkową :) Środa – dzień jak co dzień. Zaczął się zupełnie zwyczajnie. Przebiegał też jak zwykle i nic nie wskazywało na to, że jeszcze tego samego dnia wpadniemy na taki „pozytywny pomysł”. Po rozmowie telefonicznej z Martą, Beata dowiedziała się, że kilka osób jedzie na zachód i wschód słońca do rezerwatu przyrodniczego Łężczok. Ja dostałam informację na facebook’u od Bartka czy nie jedziemy z nimi..ale do 20:00 byłyśmy uziemione na ścianie więc odpadło. Temat ucichł i tak po godzinie Beata mówi… to może zadzwonię do Ani. Może pojedzie? Ku naszemu zdziwieniu stwierdziła, że chętnie pojedzie tylko do późna pracuje… zanim przyjedzie. Nim się ogarnie, zje, spakuje itp.. a my na to „OK – poczekamy”.
W końcu udało nam się dotrzeć na miejsce! Było jakoś tak po północy – hm, bliżej pierwszej. Ciemny parking, w ciemnym lesie – generalnie czarna D. Stoją dwa znane samochody więc jest dobrze. Jeszcze tylko trzeba znaleźć winowajców całej tej wyprawy. Wydawałoby się nic prostszego. W końcu mamy niebanalną ekipę! - dobrze ogarniającą każdą mapę Beatę, zachwycająca się świerszczami, ptakami, gadami, płazami i bakteriami Anię no i mnie… daruję sobie zacny opis mojej osoby :P

21 kwietnia 2014

Prawie - Szyndzielnia

Decyzja szybka, spontaniczna i już pakujemy się do auta i obieramy kierunek Bielsko-Biała.
W drodze do Bielska zaczyna padać, telefon od Rudej, że w mieście też leje no ale nie zrażamy się i jedziemy dalej. Z dziewczynami spotykamy się na Placu Pigal. Wszyscy w komplecie, to ruszamy. Na Szyndzielnie można wjechać kolejką, ale po co to robić jak można iść na nogach?.
Droga na szczyt zajmuje około 2 godzin. Dlatego zwarte i gotowe ruszyłyśmy. Wszystko szło dobrze, ale niestety na 30 minut przed szczytem nasza koleżanka stwierdziła że nie może już iść (tylko z jej znanych powodów). Pod żadną namową nie udało nam się jej przekonać. Dziewczyny stwierdziły abyśmy weszły same, a one już zejdą, ale wchodziłyśmy razem to i schodzimy.

20 kwietnia 2014

W pogoni za zającami na szlaku orlich gniazd.

W niedziele po obiedzie trzeba było się ruszyć z domu. No ale gdzie?
Może w końcu zobaczyć zamek w Olsztynie jak w nocy jest oświetlony? To była myśl! Niestety była dopiero godzina 17 więc do zachodu słońca zostały jeszcze 3 godziny. Nie można więc zmarnować ani minuty. Stwierdziłyśmy, że jadąc do Olsztyna zobaczymy zamki znajdujące się na trasie.

Nasz pierwszy przystanek Rabsztyn – zamek na wzgórzu bardzo fajnie się prezentował. Widać było, że na zamku trwają prace remontowe mające na celu odtworzyć jego dawną formę. Na stronie Zamek Rabsztyn można zobaczyć jak wyglądał wcześniej i jak się zmieniał. Zamek jest otwarty między 10-18, a wstęp kosztuje 1-2 zł. Oczywiście w tym dniu był zamknięty, ale możliwość przebywania na świeżym powietrzu zrekompensowała wszystko.

29 marca 2014

Fioletowa polana - czyli krokusy wzywają!

Przyszła wiosna, a wraz z nią Krokusy. Na Leskowcu nie udało nam się znaleźć ani jednego dlatego postanowiłyśmy, jak co roku, pojechać do doliny Chochołowskiej. Tym razem towarzyszyły nam Monika i Marta. Wyjazd w sobotę skoro świt... …no dobra…. Wierzę, że są ludzie, którzy wybierając się na Podhale wyjeżdżają duuużo wcześniej niż my. Dla nas godzina 6 rano w sobotę to środek nocy :D
Na miejscu byłyśmy koło godziny 10. Plecaki na plecy, buty na nogi i płyniemy z falą tłumu… Po drodze przerwa na kanapki i wizytę w obleganym TOI-TOI.
Ucieszyłyśmy się widząc wypożyczalnię rowerów! Stwierdziłyśmy, że umilimy sobie drogę powrotną wracając na rowerach…, ale o tym później.

23 marca 2014

Wiosno gdzie jesteś?

Wraz z nadejściem kalendarzowej wiosny na dworze zrobiło się cieplej, ptaki zaczęły śpiewać, a kwiaty kwitnąć. Dlatego stwierdziłyśmy że musimy jechać poszukać połaci krokusów w górach, a że z krokusami w Tatrach było różnie (piękna pogoda na przemian z 20 cm warstwą śniegu) dlatego wybrałyśmy się w okolice Leskowca.
Leskowiec jest to szczyt położony w Beskidzie Małym 922m n.p.m. gdzie znajduje się jeden z fajniejszych punktów widokowych na Tatry oraz Babią Górę. Na szczyt można wejść z różnych stron do dyspozycji mamy około 10 szlaków. Niektórymi miałyśmy już okazję wchodzić dlatego wybraliśmy szlak: zielony który swój początek miał w okolicach Sikorówki, a powrót szlakiem żółtym do Chobot.
Sęk w tym że chcieliśmy zrobić kółeczko, z najmniejszym użyciem asfaltu dlatego nasz samochód zostawiliśmy w okolicach straży pożarnej w Kozińcu, a stamtąd obraliśmy azymut na szlak zielony.
Jak tylko znaleźliśmy okazję to wbiliśmy się na nieoznakowaną drogę w las okazało się że wyszliśmy na szczyt Słuszyce, gdzie w stronę schroniska na Leskowcu wiódł nas zielony szlak.

11 marca 2014

WROCŁAW… …w poszukiwaniu pracza!

WROCŁAW…
…w poszukiwaniu pracza! Pracza Odrzańskiego. A historia zaczyna się tak:
Mamy świra na punkcie wrocławskich krasnoludków. Kiedyś pojechałyśmy w środku nocy do Wrocławia w celach poszukiwawczych! Zakupiłyśmy nawet mapę co by żadnego nie pominąć. Ich ilość jest jednak co najmniej imponująca dlatego ograniczamy się do poszukiwania tych w okolicy centrum. Od kilku lat usiłowałam znaleźć Pracza Odrzańskiego. Wydawałoby się, że nic to nic prostszego. W końcu mam już mapę! No cóż… skubany dobrze się maskuje. Pomyślałam nawet, że może ktoś go ukradł? Może się utopił w odrze? Uprał już wszystko i poszedł do domu? Teorii jest dużo, ale zacznijmy od początku…
Dlaczego Wrocław? Wiele razy we Wrocławiu już byłyśmy… Czy to za dnia, wieczorem czy w nocy. Nigdy jednak nie byłyśmy zobaczyć jednego z cenniejszych dzieł dziedzictwa kulturowego naszego kraju jakim jest Panorama Racławicka. Tak się wszyscy „podniecają” kiedy o niej mówią. Pomyślałam – ja też tak chcę :D Korzystając z tego, że w niedzielę byłyśmy w Warszawie, z której wróciłyśmy w poniedziałek na ranem, przedłużyłyśmy sobie weekend aż do wtorku. Szaleństwo! Oczywiście nie bez powodu taki termin. Udało nam się kupić bilety do Wrocławia za całe 6 zł w obie strony za dwie osoby. Ot co! W związku z tym uwielbiamy POLSKIEGO BUSA.
Wyjazd z Katowic o godzinie 8:50. Na miejscu byłyśmy jakoś o 11. Bilety do Panoramy zakupiłyśmy wcześniej przez internet. Godzina wejścia na „seans” - 13:00. Mam więc trochę czasu żeby pokręcić się po centrum. Wyszłyśmy z dworca, którego monstrualny budynek wygląda jak przytargany wprost z Egiptu, a tam co? Pierwszy krasnal siedzący na gigantycznej walizce!

10 marca 2014

Najlepszy prezent czyli jedziemy do Warszawy!

Na urodziny dostałam bilety na koncert Within Temptation, który miał się odbyć 9 marca na warszawskim Torwarze (jupi).
Plan na ten dzień był prosty jedziemy rano by jeszcze móc zahaczyć o Centrum Nauki Kopernik, później obiad no i największa atrakcja wieczoru - koncert. Standardowo nie obyło się bez problemów!

24 lutego 2014

W końcu – 9 Biwak Zimowy „N.P.M.”

Biwak zimowy organizowany przez magazyn n.p.m. chodził mi po głowie od dłuższego czasu. Niestety wcześniej nie było mi on dany ponieważ albo się nie dostałam albo przegapiłam termin wysłania zgłoszenia. Dostałam meila z informacją że jadę na biwak :) Super!!! Lecę do Sonii i mówię że dostałam wiadomość i że też na pewno dostała… Sonia sprawdza. Też dostała wiadomość… nieco innej treści – nie dostała się. Została jedynie wpisana na listę rezerwową.
Wszędzie jeździmy razem , a teraz miało się to nie udać? O nie!!! Napisałam e-meila do redakcji i jak się później okazało jak tylko zwolniło się miejsce to Sonia wskoczyła. No to jedziemy razem :)

Piątek:
Piątek godzina 9:00… no to ruszamy. Jedziemy do Sidziny skąd kierujemy się czarnym szlakiem do schroniska na Hali Krupowej. Jak na biwak zimowy to pogodę mieliśmy iście wiosenną – znikoma ilość śniegu była co najmniej przygnębiająca! Przy schronisku widzieliśmy pierwsze namioty. Reszta dopiero się rozkładała lub szukała miejsca aby się rozbić. My miałyśmy utrudnione zadanie ponieważ już brakowało miejsca prostego. Dlatego znalazłyśmy mały kawałek (idealny dla nas) i zaczęłyśmy usypywać śniegiem platformę, na której to mogłyśmy rozbić namiot.
Dzięki nam śladu śniegu nie było w promieniu kilkunastu metrów od „obozowiska”. Platforma pod namiot była naprawdę pancerna :) Postawiłyśmy namiot. Zjadłyśmy, odebrałyśmy zestaw startowy (identyfikator, multitool leatherman, chusta wielofunkcyjna n.p.m. i czapka Optimus) i trzeba było się przyszykować do początku zajęć, które miały się zacząć o godzinie 16:00.

17 lutego 2014

Zakopane - w końcu śnieg...

Zdesperowane i spragnione zimy pojechałyśmy do Kościeliska…
Śnieg owszem – był. Co prawda szału nie było, ale jak to się mówi „lepszy rydz niż nic”. Wyjazd późnym popołudniem, po pracy. Spodziewałyśmy się korków, ale ku naszemu zdziwieniu poszło całkiem gładko. Im bliżej Kościeliska tym więcej śniegu. Przeszło nam nawet przez myśl, że jak tak dalej pójdzie to będzie trzeba przekopać cały samochód w poszukiwaniu łańcuchów, które zaginęły gdzieś w czeluściach luku bagażowego! Obyło się bez!
Wieczorem czekało nas jednak trudniejsze zadanie. Wymyślenie trasy na sobotę. Miała ona „stety bądź niestety” swoje kryteria. Jako, że jechała z nami Beata S., która usłyszawszy, że ma zabrać raki pobladła i stwierdziła „to ja nie jadę…”, musiałyśmy zatem wymyślić coś co raczej nie zaskoczy nas niczym specjalnym. Wybór być może banalny, oklepany, ale w miarę pewny i dający pozorną gwarancję naszych kryteriów.
TRASA: Roztoka – 5tka (ewentualnie później przejście do MOKa przez Szpiglasową)…
Raki tak jak i róże inne atrybuty okazały się być zbędne. Szło się przyjemnie, a świeży i niezbyt mokry śnieg nie przeszkadzał w dreptaniu przed siebie.

10 lutego 2014

Rycerzowa - sorry ale taki mamy KLIMAT!

W dniach 7-9.02.2014 odbył się drugi już wyjazd NOGA ZA NOGĄ. Hasło pokrzepiające brzmiało „w poszukiwaniu zimy”, które szybko przerodziło się w „sorry ale taki mamy KLIMAT”. Trudno stwierdzić czy ją znaleźliśmy czy nie dlatego określę to w ten sposób: było kilka placków/kupek/miejsc, w których zaginiony i dawno nie widziany śnieg się pojawił… i to tyle w tej kwestii..
Historia zaczyna się tak… dawno, dawno temu… a nie sorry. To nie ta bajka. Był słoneczny, niezbyt mroźny poranek, który nastał po krótkiej nocy :/ Wyjazd zaplanowany na godzinę jakoś 11:00. Ponieważ samochód był w Sosnowcu, a my w Siemianowicach musiałyśmy dostosować się do wymagań i zarządzeń KZK GOP, które to ogłosiło iż nasz autobus odjeżdża o godzinie 11:07. Koło 12:00 miałyśmy odebrać Monikę z pracy, „hacząc” po drodze o Beatę S. Prawie nam się udało… I tu w tym miejscu zwalam wszystko na Monikę, która musiała zostać dłużej w pracy :P Udało nam się wyjechać przed 13:00. Hołowczyc tak się rozpędził, że poprowadził nas przez kozie wólki więc na miejscu byłyśmy coś koło hm…17? (bez komentarza!)
W drodze na górę czułam niemoc. Taką straszną niemoc… Jakoś tak nic ze mną nie współpracowało więc marudziłam sobie pod nosem. U góry czekali na nas: Arek, Sławek, Jacek i Andrzej. Ogarnęłyśmy się z dziewczynami. Zrobiłyśmy walkę o łóżka i poszłyśmy do chłopaków oczekiwać na resztę.

12 stycznia 2014

Krótka wizyta w Bielsku-Białej.

W dniu wczorajszym jak zwykle w naszych głowach zaczaił się szalony i spontaniczny pomysł (w sumie to przyczyniła się do tego „Ruda z Bielska” stwierdzając, że ma weekend wolny od pracy i jak chcemy to możemy wpadać!). Ogólny plan był taki: jedziemy do Bielska porobić kilka zdjęć. Bo tam taaaaaaaaka duża i ładna choinka jest. Z Siemianowic wyjechałyśmy koło 18. Trasa zajęła nam jakąś godzinkę. Umówiłyśmy się z dziewczynami na starym rynku w klubie muzycznym OPIUM. No OK. Znalezienie wolnego miejsca (wieczorem) do zaparkowania jest niczym walka o 8:00 rano pod TUTTU (o kawałek bezpłatnego chodnika)! Po trzech kółkach w końcu się udało. Pozostało tylko znaleźć tajemnicze OPIUM. Wskazówki: po schodach w dół!
Knajpkę znalazłyśmy szybciej niż by się wydawało, a w niej… dużo korytarzy i schodów. Znalezienie dziewczyn to nie lada wyzwanie, ale dałyśmy rade. Agnieszka i Aneta odnalezione!

06 stycznia 2014

No to gdzie idziemy? Trzy kopce, trójna, a Potrójna!

Wyjazd na POTRÓJNĄ, choć wg Hani na Trzy Kopce (wbrew pozorom Potrójna, a Trzy Kopce to dwa różne miejsca - oba w Beskidach!).
Startujemy z Sosnowca po godzinie 20:00.
Tradycyjnie już nie obyło się bez przygód. Na wstępie okazało się, że rura wydechowa Leszka (od dłuższego czasu wiemy, że musimy wymienić) jest w gorszym stanie niż myślałyśmy! Kawałek rep-sznurka okazał się być niezbędny! Szybkie podwiązanie i jeździmy tak do dziś.
Do Przełęczy Kocierskiej (skąd zaczynał się nasz czerwony szlak) dojechałyśmy o po godzinie 22:30. Szybkie przepakowanie i już stoimy na rozwidleniu szlaków. Nadzień dobry przywitał nas deszcz. Całe szczęście tylko chwilowy. Ku naszemu zdziwieni do bacówki (w której czekała reszta ekipy) wg oznaczeń szlakowych jest 1h25’. Pomimo ogromnej mgły na górze udaje nam się dotrzeć do celu w 50 min. Dobrze, że czekał na nas Bartek z Biszkoptem (labradorem) bo pewnie nie byłoby tak łatwo trafić do chatki.
Zostałyśmy gorąco powitane przez dobrze nam znanych ludzi swoich (w postaci Doroty, Edyty,Arka, Tureckiego i Bartka. Później dołączył jeszcze Adam) i obcych. Reszta ekipy kimała już na dobre. Posiedzieliśmy, pośpiewaliśmy i poszłyśmy szukać wolnego kawałka podłogi. Hania miała zarezerwowane miejsce przez Edytę, a nam udało nam się znaleźć „prywatny apartament na poddaszu” jak to Beata określiła taki “kurnik” w kształcie trójkąta prostokątnego o szerokość 1,5 m wysokość 60 cm, ja spałam przy kącie prostym, a Beata przy ramieniu więc nie miała za wiele miejsca.

03 stycznia 2014

Podsumowanie roku 2013

Przyszedł czas na podsumowanie roku, który minął strasznie szybko, a w którym dużo się działo.
Krótka statystyka:
W minionym czasie wyjeżdżałyśmy około 33 razy w różne części Polski od morza aż po góry poprzez niziny. Wyjazdy te były jedno, a nawet kilkunasto dniowe. Miałyśmy wakacje w Górach Stołowych, gdzie praktycznie codziennie chodziłyśmy oraz dwu- tygodniową wyprawę Lanosem przez Polskę aby poznać nieznane nam zakątki.

01 stycznia 2014

W sylwestrową noc...

SYLWESTER…
…to chyba jedyna taka noc kiedy tak wielu ludzi %%% idzie w góry.
Odwieczny coroczny problem z serii „co robimy w sylwestra” rozwiązałyśmy dość szybko. Oczywiście jedziemy w góry! Prognozy pogodowe jednak nie zbyt zachęcały. Coś tam miało popadać, miała być mgła…no ale co tak będziemy się kisić w mieszkaniu gdzie pomimo 7 piętra i szalenie dużego balkonu (1m x 1m) widok jest zdecydowanie kiepski… Jedźmy na Szyndzielnię! Jest blisko, a jednocześnie widać całe Bielsko. Przed samym wyjazdem dopadły nas „wahania” typu „jechać – nie jechać…?”. Co zrobimy jeśli faktycznie będzie lało? Nie będzie nic widać? Będziemy tylko marudzić. Może posiedzimy w domu? Tu przynajmniej jest ciepło i nie kapie na głowę…Eh. Nie no, jedźmy! Po kilku telefonach do Hani i Edyty (która dzwoniła do schroniska na Szyndzielni zapytać o pogodę) wpakowałyśmy się do samochodu i wyruszyłyśmy.
Pierwotna trasa miała mieć coś 3 godziny lecz przez nasze nazwijmy to rozterki miałyśmy godzinny poślizg więc lecimy najkrótszym szlakiem. W drodze do Bielska - Białej była mgła, padało, ale nikt nie marudził. Hanka tak wszystkich zagadała, że nawet nikt nie zauważył niesprzyjających warunków atmosferycznych. Dosyć pisania o trasie….bo gdzie tam północ! Po dotarciu na miejsce ilość samochodów stojących na parkingu przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Sam szlak wyglądał jak autostrada do nieba.