Rozwijane Menu

18 września 2015

Miętowy spływ czyli trudna rzeka Pasłęka

Kajakowe Dżingo Lango i ciepłe gumi jagody :) - czyż nie brzmi intrygująco?

Można by pomyśleć, że spływ kajakowy to nudny sport. W sumie to się cały dzień siedzi, a nurt robi swoje... czasem trzeba się zamachnąć co by nie wylądować w trzcinach... Nie zawsze jest tak kolorowo...

Tym razem NOGA ZA NOGĄ pognała na mazury na rzekę Pasłękę. Z Wikipedii można się dowiedzieć: "rzeka w północno-wschodniej Polsce, w województwie warmińsko-mazurskim, płynąca przez Pojezierze Mazurskie oraz Pobrzeża Gdańskie. Ma długość – według różnych publikacji – od 169 km do 211 km. Pasłęka uchodzi do Zalewu Wiślanego (...) Cały bieg rzeki objęty jest rezerwatem przyrody "Ostoja bobrów na rzece Pasłęce"."
Oczywiście tą najbardziej zachęcającą informacją są bobry! No kto nie chciałby zobaczyć tego zwierza w naturze!

RADA: jeśli wybieracie się na kajaki to zdecydowanie odradzamy okres suszy.

Dzień 1

Tegoroczny sierpień był bardzo upalny. Z powodu niskiego stanu wody, właściciel kajaków poradził nam zacząć naszą przygodę mniej więcej w 1/3 wysokości rzeki - Pelnik.
I zaczęła się przygoda. Gdy przeczytaliśmy w przewodniku, że pierwszego dnia mamy zrobić 6 km w 6 h chciało nam się nieco śmiać. Ale, że jak to ...kilometr na godzinę? My?
Taka zwarta ekipa? 4 baby i 2 chłopów (w tym wu-efista Wojciech!) Gdzie tam... Rozpoczęliśmy zatem od rozcieńczenia stężonych płynów (jako, że spodziewaliśmy się przenosek zafundowanych przez bobry, ustaliliśmy, że płyny zabieramy tylko w dużym stężeniu)!
Cała nasza szósta zapakowała się w kajaki i już! Płyniemy! Trzeba przyznać, że tego dnia przeszliśmy sami siebie. W ciągu całego dnia (czyli jakieś może 7 h) upłynęliśmy może 5 km :D ...ale trzeba przyznać, że zabawa była przednia - szczególnie dla Beaty i Wojtka, którzy na ostatnim odcinku nawet nie używali kajaków  :)
Pierwszy nocleg w otoczeniu dziczy i natury. Całą noc miałam wrażenie, że jakiś zwierz dobiera się do naszego jedzenia. Próby odstraszania nic nie dawały: klaskanie, syczenie, szuranie hm....rano okazało się, że kiełbasa jak leżała tak leżała, a owym wygłodniałym zwierzem najprawdopodobniej były łażące żaby...

Dzień 2

Drugiego dnia postanowiliśmy się bardziej sprężyć. Trudno jednak oczekiwać nie wiadomo jakich wyników w dystansie i prędkości. Bobry...no - fajne zwierzęta, no ale po co robić tyle szkód? Pasłęka to rzeka do chodzenia, przechodzenia, przeciągania i skakania po drzewach. Daleko jej do spływania- może w tym jest jej magia :)
I tak kroczek za kroczkiem, kłoda za kłodą i wielkie drzewo za wielkim drzewem. Dla odmiany, w niektórych miejscach zaskakiwała nas mielizna, na której obładowany kajak osiadał jak Arka na Araracie.
Coś co z pewnością jest ogromnym walorem tej rzeki to ilość Zimorodków, którą można tam spotkać. Jest ich cała masa!
Udało nam się także zaznać chwili spokoju (bez połamanych drzew). Pola i łąki to zdecydowanie nasi przyjaciele.
Po krótkiej przerwie obiadowej załadowaliśmy się z powrotem do kajaków i obraliśmy kierunek sklep. Okazało się że wyjście do sklepu to prawdziwa ścieżka zdrowia dla naszych chłopaków, którzy musieli brodzić w pokrzywach będącymi momentami tak wysokimi jak oni. Na szczęście z sukcesem uzupełnili zapasy żywieniowe :)
Po rozdzieleniu racji żywieniowych zaczęliśmy pomału szukać miejsca noclegowego. Oczywiście nie było to łatwe ponieważ nie potrafiliśmy znaleźć nawet kawałka lasu. Ostatecznie wylądowaliśmy pięknej polance znajdująca się jakieś 1,5 m powyżej rzeki (tak - kajaki trzeba było wciągnąć!).

Dzień 3

Trzeci dzień miał być tym ostatnim. I jeszcze rano wszystko wydawałoby się w porządku.
 Obraliśmy azymut na elektrownię wodną w Kasztanowie, za którą to rozpoczynał się jeden z najpiękniejszych odcinków rzeki. 
Przy elektrowni zatrzymaliśmy się na dłuższy popas. Pan gospodarz bardzo miło nas ugościł. Kawka, herbatka i pogawędka. Był nieco zdziwiony, że decydujemy się płynąć ponieważ tak niskiego poziomu wody to nie widział od 20-stu lat... Co to dla nas? My nie damy rady?
 Wstępnie dogadaliśmy się z kierowcą co do miejsca i godziny odbioru kajaków i naszych zadków. Nie przejmując się niczym nadal wachlowaliśmy przed siebie pokonując coraz to większe przeszkody... A czasem prowadząc kajak jak psa na smyczy.
Dawaliśmy z siebie ile mogliśmy, ale coraz większa ilość powalonych drzew i coraz niższy poziom wody dawał się już we znaki. Do tego Beata nie wyraźnie wyglądała... (obstawiamy, że struła się wodą z truchłami bobrów - feee!). Pełni nadziei zadzwoniliśmy do kierowcy z informacją, że na pewno nie zdążymy na czas. Przesunęliśmy godzinę spotkania...
Gdy zaczęło robić się ciemno trzeba było zdecydować co robimy. Czy rozsądne będzie przedzieranie się przez bobrowe żeremie, podmyte dno rzeki (w jednym miejscu woda do kostek, a krok obok wpada się po pachy) i powalone drzewa? Ostatecznie zdecydowaliśmy, że trzeba rozbić namioty... Wieczór był mało romantyczny (choć przy blasku znicza). Z powodu suszy i noclegu w bardzo dzikim miejscu nie zrobiliśmy ogniska (co by całego lasu nie spalić). W sumie to kończyło nam się także jedzenie. Co gorsza - ognista woda rozweselająca też gdzieś wyparowała... Pozostały nam jedynie "ciepłe gumi jagody" - piersiówka śliwowicy. Rewelacyjna z ciepłą herbatką! 

Dzień 4

Z samego rano ruszyliśmy dalej przed siebie ciesząc się że zdecydowaliśmy się rozbić namioty ponieważ ilość połamanych drzew w tym miejscu wydawała się nie mieć końca. Kilka metrów pokonywaliśmy przez około 1,5 h.
 Każdy zmęczony i każdy zdeterminowany by dopłynąć do końca. Na miejsce spotkania z kierowcą obraliśmy "wysoki most", przy którym była jedyna możliwość wydostania się z kajakami na drogę.
Nasza droga wyglądała dość specyficznie... 2 machnięcia wiosłem i wysiadamy z kajaków aby przedostać się na drugą stronę stronę drzewa. I tak w kółko z różnym stopniem trudności.
Pięknym i malowniczym terenom nie było końca! 

Ostatnie przeciąganie kajaków górą, dołem, bokiem... kiedy to się skończy? Jeszcze chwila i będziemy przy moście. Takie myśli nam towarzyszyły. Wszyscy wyobrażaliśmy sobie już obiad i chwile odpoczynku! Niestety jeszcze nie mogliśmy się cieszyć. Przed nami jeszcze most! 
Uwaga! Jeśli w jakimś przewodniku znajdziecie informację o WYSOKIM moście to uwierzcie w siłę słowa! "Nasz" wysoki most przerósł nasze oczekiwania. Przez moment wystraszyliśmy się, że nie damy rady wyciągnąć kajaków... Aby zdesantować się na drogę musieliśmy wyładować wszystko co mieliśmy w kajakach. 
Na rozgrzewkę kilka rundek w górę i w dół z worami kajakowymi... Później czas na kajaki. Na spływ koniecznie zabierajcie z dwa metry liny lub repa. Na prawdę może Wam się przydać! Przywiązaliśmy linę do kajaka tworząc lejce dla chłopaków, którzy to wciągali je, jeden po drugim na górę. Później wszyscy razem kajaczek w dłonie i hyc po schodkach na drogę. 
Wnoszenie kajaków "na wysoki most" kompletnie nas wykończyło. Całe szczęście się udało! :)

Pewnie zastanawiacie się co do tego wszystkiego ma tytułowa mięta? Niemal cały odcinek rzeki, który udało nam się przepłynąć, porośnięty jest miętą dającą przyjemny, orzeźwiający zapach :)

UWAGA!!! Ze względu iż rzeka jest rezerwatem bobrów należy na nią uzyskać pozwolenia od Konserwatora Przyrody UW Warmińsko-Mazurskiego.

Opis naszego odcinka rzeki z roku 2000 pobrany ze strony www.diablisciek.cba.pl:

  • 140,0 most drogowy we wsi Pelnik. Dogodne wyjście (wejście) z lewej strony. Przy rzece mała wiata. Dogodny dojazd. Zaczyna się w moim odczuciu jeden z bardziej niebezpiecznych i uciążliwych odcinków Pasłęki. Rzeka płynie dość szybko, ostro zakręca, meandruje a w nurcie rzeki znajduje się mnóstwo obgryzionych przez bobry konarów i pieńków drzew. Do Gamerek mamy do pokonania ok. 5 solidnych zapór zbodowanych przez bobry. Przy wysokich , stromych brzegach (po 4-5 m) pokonanie tych rozbudowanych tam wcale nie jest łatwe.Trzeba liczyć na pokananie tego odcinka ok. 4-6 godzin. (5 km!!). W czasie kiedy my płynęliśmy był niski stan wody i krótki odcinek 5 km pokonaliśmy w około 7-8 h. Na tym odcinku musieliśmy przymusowo znaleźć nocleg. 
  • 134,5 po lewej stronie mijamy ujście rzeki Morąg do Pasłęki. 
  • 137,5 Wypływ rzeki z jeziora Morąg, trudny do odnalezienia wśród trzcin. Resztki zastawki nie stanowiące przeszkody. Koryto zarośnięte trzciną. Nocleg
  • 133,0 Gamerki Wielkie i Mostkowo - wsie na obu brzegach rzeki, mosty drogowy i kolejowy, sklepy. Rzeka jest częściowo uregulowana, płynie wśród łąk, brzegi płaskie. Nocleg.
  • 122,5 Kalisty i Dąbrówka - wsie po obu stronach rzeki, most, sklep. Na brzegach zaczyna pojawiać się las i odcinkami jest bardzo malowniczo.
  • 107,5 Pityny, most drogowy, za nim młyn Kasztanowo. Przenoska z lewej strony budynku. Zaczyna się najpiękniejszy odcinek rzeki, która płynie bystro dzikim i krętym wąwozem o zalesionych zboczach. Koryto szerokie (do 40 m) zarośnięte miejscami wodorostami, trzcinami i inną roślinnością wodną. Zwalone drzewa wymagają czasem przenoszenia kajaka, lecz w większości dają się ominąć. Przemiały, głazy, bystrza. Bardzo dużo powalonych drzew, musieliśmy znaleźć miejsce noclegowe. Nie ma możliwości wyjść przy wsi Wapnik ponieważ płyniemy w wąwozie ze stromymi brzegami. W rejonie wsi Wapnik resztki młyna - dość trudne i długie bystrze o znacznym spadku, najtrudniejsze miejsce na całym szlaku (WW II).
  • 91,5 Ujście rzeki Miłakówki z lewej strony.
  • 89,0 Sportyny, resztki mostu drogowego, następnie wysoki most drogowy (naprawdę wysoki) i zniszczony most kolejowy oraz przyczółki dawnego mostu. Musieliśmy się namęczyć aby wyciągnąć kajaki.


W czasie 4 dni przepłynęliśmy 51 km.
Opis szlaku znajduje się na stronach: Wuja.Republika i diablisciek.cba

Kosztorys wyjazdu:
  • Wypożyczenie 3 kajaków Cruser II - 480 zł
  • Transport I (Olsztyn-Pelnik) - 160 zł
  • Transport II (Sorkwity-Olsztyn) - 240 zł
  • Zakupy żywieniowe - 360 zł
Razem: 1240 zł / Koszt na kajak (2 osoby) 415 zł

Transport Katowice-Galiny - Katowice  ok. 400 zł (Matiz)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...