Rozwijane Menu

26 października 2016

Jesienno-zimowa wizyta w Tatrach.

W końcu weekend - w końcu góry. Miała być piękna złota jesień w Tatrach, a wyszła zagwozdka z serii "brać raki czy nie?". Nic jednak nie jest ważne w obliczy miłego spotkania ze znajomymi. Weekend zaczął się dość późno, po godzinie 17... Do schroniska udało nam się dotrzeć na godzinę 1:00 w nocy :) Radość towarzyszy niedoli na widok naszych 7 uśmiechniętych mordek była tak ogromna iż obudziła prawdziwego pitbulla. Nasze srogie przywitanie zakończyło się posiadówką na salonach ponieważ z jadalni zostaliśmy wyproszeni... Ale wystarczy wylewania żalów..
Kolejny dzień przywitał nas pięknym słońcem! Nic tylko pakować plecak i ruszać w góry. W tym miejscu rodzi się pytanie.. "gdzie te czasy kiedy człowiek wyskakiwał z wyra skoro świt i pędził przed siebie?". Teraz, bez wyspania, celebracji śniadania i kawy to nie bardzo chce się wychodzić...

Owszem, było kilka osób ratujących honor, którym udało się opuścić schronisko o 9-tej.  Chwała im za to! :) Trzeba także pogratulować Marcie i Gabrysi za wytrwałe oczekiwanie na nas w schronisku w 5-tce. Dlaczego wytrwałe? Otóż... nasza wesoła gromada wyruszyła niemal 2h później niż dziewczyny... :) Cóż. Liczy się efekt końcowy. 
Wszyscy dotarliśmy do schroniska w 5-ciu stawach i wspólnie ruszyliśmy dalej. Nasza wycieczka przebiegała przez Świstówkę do MOK-a. 
Cała trasa okazała się być niesamowicie długa. Zajęła nam na tyle dużo czasu, że trzeba było przekładać smażenie schabowych (zaplanowane na 19:00) na godzinę 20:30.

Na kilka słów uznania zasłużyła pogoda! Pomimo tego iż obraz gór rzeczywiście nie bardzo przypominał ten, którego oczekiwaliśmy tzn. nie było złociście-pomarańczowo, było pięknie, słonecznie i niezbyt zimno. Szczyty oprószone śniegiem z przebijającą się zieloną kosówką prezentowały się na  prawdę zacnie.
Po późnej obiadokolacji zasiedliśmy do biesiady, która zakończyła się równie szybko co huczne przywitanie dnia poprzedniego. O 22:00 zgaszono nam światło. Tak i my ściszyliśmy ton głosu o połowę. O 22:15 znowu wyproszono nas z jadalni... Ludzie! Gdzie się podział duch schroniskowego klimatu, kiedy to zasiadano przy dźwiękach gitary po długim dniu górskiej wędrówki??
Nie zepsuło to jednak naszych humorów! :)

Niedziela nie była już tak rozpieszczająca. Od rana padał deszcz... Zjedliśmy więc śniadanie, pożegnaliśmy się i rozeszliśmy - każdy w swoją stronę :)

Weekend zaliczamy do udanych! :)
Mapa