Rozwijane Menu

09 października 2017

Zwiedzamy Bangkok

Godzina 7. Budzik nieustannie woła „czas wstawać”. Litości! Toż to wakacje! No niestety... nie ma czasu na litość. Jeżeli po długiej podróży w inną czasoprzestrzeń będziecie odczuwać zmęczenie to hasło "jet lag" będzie wyjaśnieniem wszystkich Waszych problemów.
Szybkie pakowanie, zdanie klucza i ruszamy.

Pierwsze kroki kierujemy do knajpy ze śniadaniem. Na "deser" pozostaje zwiedzanie, które zaczęłyśmy od fortu Phra Sumen.



Stamtąd wzięliśmy tuk tuka (5 thb za osobę), który zawiózł nas do 3 świątyń z posągami buddy lucky, standing i happy budda. Zwiedzamy, temperatura wysoka, pot się leje...


Co rusz trzeba się nawadniać. Gdy podziękowałyśmy panom z tuk tuków zaczęłyśmy dużo wolniejsze zwiedzanie. Wchodziłyśmy do świątyń, które wydawały się być ciekawe (jest ich na prawdę sporo). Dzięki temu trafiliśmy do kilku naprawdę "fajnych" świątyń.


 Np. Świątynia Wat Mahannapharam...


...lub Wat Thepthidaram. Niestety tego dnia dostałyśmy także przykrą informację, że ze względu na pogrzeb króla (który zmarł rok temu) nie będziemy mogły wejść do pałacu królewskiego ani nie dostaniemy żadnej mapy miasta ponieważ fabryki nie pracują. Jest to nauczka na przyszłość. Jeżeli kiedyś będziecie się wybierać w nieznane Wam dotąd strony świata, dowiedzcie się jakie panują obrzędy. Dowiedzcie się czy ktoś nie umarł lub nie ma urodzi?
Wniosek jest jeden - będziemy musiały jeszcze raz wrócić do Tajlandii...
Po drodze, między Świątyniami, znalazłyśmy miejsce z ulicznym jedzeniem.

Pychota. Podczas jedzenia zaczęła się ulewa . Padało prze bitą godzinę, a my siedziałyśmy sobie pod zadaszeniem (tym razem się udało).
Po obiedzie kolejna świątynia...



...Wat Ratchanatarm i Złota Góra, na którą wybrałyśmy się specjalnie przy zachodzie słońca tak by zobaczyć miasto za dnia i nocą.


Po małym zagubieniu w uliczkach wróciłyśmy na Khao San gdzie po zaspokojeniu naszych potrzeb (prysznic, drink,  internet) poszłyśmy na kolację.

Kolejna dobra miejscówka gdzie wszytko smakowało. Po drodze do hostelu rozdzieliłyśmy się i część z nas poszła na masaż, a część do pokoju.  W drodze powrotnej kupiłyśmy rożne "rarytasy" w tym miks robaków.

Wieczór spędziłyśmy przesympatycznie z robakami i czymś do ich zapicia :) Ku mojemu zdziwieniu prawie wszystkie spróbowałyśmy robaka. Tylko na Sonii nie zrobiły one wrażenia... W każdym razie, najlepsze okazały się koniki polne, larwy, małe robaczki, a najdziwniejsze były żuki i karaluchy, które smakowały jak moczone w perfumach (?). Przy salwie śmiechu zakończyłyśmy dzień po 2 nocy.