Rozwijane Menu

27 sierpnia 2013

Sucha Beskidzka na rowerze oraz z buta

A było to tak… Ponieważ lato rozpieszczało nas upałami,kilkukrotnie udało nam się pojechać do Suchej Beskidzkiej (kto zna ten wie gdzie). Jak się okazało, spacery po pagórkach okazały się zbyt hm…no właśnie – jakie? Może nie nudne, ale systematyczne, monotonne? Nie to żeby było nam źle. Oczywiście trekking to podstawa, ale ktoś (a dokładnie Beata) wpadł na pomysł
– A MOŻE ROWER??!! Pomyślałam – JASNE! Dlaczego nie? Kilka lat nie jeździłam na rowerze, może być fajnie… Jak pomyślałyśmy – tak zrobiłyśmy. Tydzień później (po tym jak wpadła myśl do głowy) nawiedziłyśmy Pana Tadka silną 3 osobową grupą szturmowo-rowerową. Wieczorem delikatny podkład (%) po to aby rano zwarcie wstać! Piękne słońce na niebie, delikatny chłodek – w
sam raz na większy wysiłek. Krótki sparing – walka o rowery,ale się udało się. Każdy dosiada swego „rumaka” i w drogę.
„Najpierw powoli jak żółw ociężale (…) i biegu przyspiesza,i gna coraz prędzej…” – a to dlatego bo było z górki. Kierunek….hm – przed siebie. Począwszy od omijania wielkich dziur w asfalcie, drogę na której nikt nie przejmował się rowerzystami udało nam się dojechać do jakiejś wiochy. 
Samochodów zdecydowanie mniej, dziur też i…. już jest na horyzoncie…coraz bliżej… w zasięgu ręki staje ON (lub ona – zależy jak patrzeć) SKLEP! Woody – dajcie mi wody(z braku laku wzięłam Tymbarka
– choć muszę przyznać, że nie pamiętam jaką informacją mnie uraczył). Możemy jechać dalej…

I tak w pięknych okolicznościach natury jedziemy przed siebie – po prawej krowy, po lewej kozy, a gdzieś tam w tyle zniknęła Beata, która prawie jak „ten” Japończyk robiła zdjęcia…duuuuużo zdjęć! (no bez przesady B.)

W telegraficznym skrócie:
• nie obyło się bez małych awarii (ale Pan Tadek ratował sytuację);
• w sumie przejechaliśmy jakieś 35km (więc jak na tak długi czas bez roweru to ładny wynik);
• średnia prędkość jak mniemam to coś koło 20hm/h;
• najwyższa prędkość, którą udało mi się osiągnąć to 55hm/h(uwierzcie, że nie miałam
pojęcia, że można tak szybko jechać na rowerze);
• zeszło nam jakiś litr napoju na głowę.

I wszystko byłoby całkiem fajnie gdyby nie ten ból DU*Y na drugi dzień i przez kolejny TYDZIEŃ….

No cóż… nie można tak być w górach i narzekać na bolące zadki. Żeby nie było, że powozimy się tylko rowerami trzeba było „zaliczyć”spacer po okolicy. Celem była HALA KRUPOWA. Jak się okazało – cudne miejsce…,ale o tym później. Samochodami dojechaliśmy do miejscowości Sidzina. Jako, że niedziela to dzień odpoczynku i błogiego lenistwa trasa jest nie zbyt wymagająca. Powiedziałabym nawet – spacerowa. 
Co jak co, ale tak do końca zapomnieć o tym, że bolą 4 litery to nie można… :D Pogada urzekająca – nie za ciepło, nie za zimno lecz w sam raz. Widoczność całkiem niezła (co można zauważyć na zdjęciach). Kiedy po nieco ponad godzinie udaje nam się dojść do małego, przytulnego schroniska, z którego rozciąga się piękna panorama TATR już wiem, że z pewnością będziemy chcieli tam wrócić! (co też można zauważyć czytając post „Zmiana czasu na Hali Krupowej”).

Szybka kawka, jakieś tam ciasteczko…SIKU! i w drogę – na Policę. 


Gdzieniegdzie można jeszcze dojrzeć wystające z krzaków jagodowych„tyłki” zbierające owoc w celu zarobkowym :D Szybkie dojście na Policę. Kilka zdjęć panoramy. Banan na drogę i w dół. Do samochodu…





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz